Tradycja zaprzęgowa

W zaprzęgach tradycja zobowiązuje ! Koń, który dziś nosi w sobie krew ogiera Darley, czy Godolphin może być wart miliony. Stoi za tym całe, wielowiekowe doświadczenie hodowlane, praktyka, wiedza i intuicja. Jaka jest wartość konia urodzonego przez nieznaną chłopską klacz pokrytą nielicencjonowanym ogierem sąsiada – może sobie każdy sam dopowiedzieć. Podobnie jest z tradycją, która sama w sobie jest wartością bowiem za nią stoją wielowiekowe doświadczenia w poszukiwaniu formy i treści, w poszukiwaniu doskonałości. Tradycja jest jak stare, dobre wino, którego wartość stale rośnie. Przeciwieństwem są wszelkie mody, trendy, rzeczy ulotne, które jeszcze szybciej przemijają jak się pojawiają- pozostają jedynie te, które posiadają znamiona ponadczasowości, tak dla wartości estetycznych jak praktycznego zastosowania. Weryfikuje je czas. Tradycja zaprzęgowa formowała się długie lata, wieki całe. Przemijały różne mody, formy, obyczaje, rozwiązania techniczne ale pozostawało to co najlepsze, najbardziej uniwersalne, najbardziej praktyczne, najbardziej estetyczne i eleganckie. W ten sposób utrwalał się styl już w formie zdefiniowanej, w którym wszystkie elementy zaprzęgu zostały określone jako doskonałe i ostateczne, uniwersalne i ponadczasowe. Dotyczy to tak budowy pojazdów i ich wykończenia jak doboru typu uprzęży oraz ubioru powożącego i obsługi, no i oczywiście doboru odpowiednich koni. Jeśli pojawiały się modyfikacje to dotyczyły już tylko szczegółów usprawniających funkcjonowanie zaprzęgu, głównie w zakresie wygody i bezpieczeństwa. Nie można też zapominać o obyczaju w sporcie zaprzęgowym, który utrwalił określone formy zachowań osoby powożącej i obsługi. Doskonałość formy estetycznej i obyczajowej wynikała z ciągłego poszukiwania harmonii- takiego zestawienia wszystkich elementów zaprzęgu, by całościowo sprawiały wrażenie absolutnego ładu. Oczywiście taki absolutny sukces nieczęsto bywa osiągalny. Tu można przywołać znane powiedzenie znakomitego twórcy, Salvadora Dali- „ nie bójcie się doskonałości, bo i tak jej nie osiągniecie”. Dla zrozumienia istoty harmonii można się posłużyć przykładem oceny exterieru konia, któremu sam Stwórca nadał formę najbardziej harmonijnie zbudowanego stworzenia w świecie zwierzęcym. To jest jednak pojęcie bardzo uogólnione, bywają konie znacznie odbiegające od doskonałego wzorca. W ocenie, w której analizuje się poszczególne części ciała, typ, ruch, decydujące jest ogólne wrażenie czyli połączenie tych elementów w całość, która ma odpowiadać poczuciu harmonii. Analogicznie przeprowadza się ocenę zaprzęgu, bonitując wszystkie jego składowe elementy, zachowanie i ruch – decydować jednak będzie odczucie, czy element pełnej harmonii został osiągnięty. Dlatego właśnie sędziowanie w zaprzęgach jest tak trudne, gdyż wchodzi w zakres subiektywnych często ocen i nie do końca zdefiniowanego pojęcia harmonii. W tym przypadku odnosimy się do tradycji, bowiem z natury swej jest sumą prób i doświadczeń, naturalną selekcją promującą rzeczy sprawdzone i docenione przez pokolenia znakomitych praktyków, którym po prostu wypada zaufać. Można by więc przyjąć, że tradycja zaprzęgowa jest już utrwalonym modelem estetyczno-obyczajowym tego obszaru kultury materialnej. Mógłby mi ktoś zarzucić, że promując takie poglądy jestem wrogiem postępu i innowacji. Zdecydowanie nie. Natomiast na pewno nie jestem zwolennikiem pojawiania się we współczesnych zaprzęgach zjawisk z kiczowatego świata „plastikowych subkultur”, tandetnego efekciarstwa, wszelakiego chodzenia na skróty oraz takiego stosunku do sportu zaprzęgowego, którego wyłącznym celem jest łowienie sekund, punktów, a także podnoszenie poziomu emocji i adrenaliny czyli rzeczy ulotnych, pozostawiających może wspomnienia, ale nie trwałe wartości. Temu właśnie służą wszelakiego typu wynalazki i modyfikacje, które w maksymalny sposób mają usprawnić sprzęt służący powyższym celom. Konstruktorzy i producenci posuwają się jednak dalej kreując nową, nieledwie kosmiczną estetykę pojazdów, która nijak się nie ma tak do tradycji jak również do samych koni, które niestety pozostają niezmienne- chyba że ktoś pokusi się wykreować konia w kolorze inox. Metalowe cudeńka przedziwnie malowane metalizowanymi lakierami w żaden sposób nie nawiązują relacji estetycznej z biologiczną naturą konia, nie tworzą z nim harmonijnej całości. Oczywiście nie zamierzam tu polemizować z poglądami mającymi na względzie bezpieczeństwo ruchu i wygodę pracy koni, chociaż te nie koniecznie muszą się przekładać na styl. Te względy zawsze były brane pod uwagę i nie musiały zakłócać jego czystości. Jednak zastępowanie solidnej i umiejętnej pracy treningowej z końmi środkami technicznymi jest drogą błędną i wcale nie służy dobrze bezpieczeństwu. Hamulce tarczowe na przód i tył oraz wszelkiego typu szybko-złączki i inne podobne instrumenty na pewno tę pracę w znacznym stopniu ułatwiają i podnoszą parametry bezpieczeństwa, ale podstawowego treningu zastępować nie powinny. Często bowiem bywa, że chodzenie na skróty mści się. Poczucie odpowiedzialności też jest ważną częścią dobrze pojętej kultury jeździeckiej i też wynika z właściwego postrzegania roli tradycji. Sport zaprzęgowy jest z natury swej sportem elitarnym. Ci, którzy go uprawiają, muszą mieć świadomość z jakimi kosztami muszą się liczyć i na jaki poziom umiejętności powinni się wznieść. Tu podkreślić należy też, że „szlachectwo zobowiązuje” - trzeba odnieść się z całą powagą do tej wiedzy jaką przynosi tradycja, nie polegać na żadnej samowiedzy i odkrywaniu świata na nowo- wtedy jest szansa, że pieniądze zostaną dobrze wydane i sukces będzie osiągalny. Chodzi przecież o zachowanie kulturowej ciągłości, która jest wartością trwałą w przeciwieństwie do ulotnych wrażeń płynących z emocji i zmieniających się ciągle mód i trendów. Żyjemy niestety w czasach upadku poczucia estetyki opartej na harmonii. Akceptacja szybkich zmian standardów życia opartych na subkulturowym i skomercjalizowanym odbiorze niekończącej się oferty dóbr wszelakich nie daje czasu na zastanowienie się i refleksję. Konieczne więc jest nabranie właściwego dystansu do tychże zjawisk i uznanie wartości trwałych i niezmiennych. To jednak okazuje się trudniejszą drogą- bowiem nie jeden powie, że życie jest zbyt krótkie by się zastanawiać i trzeba korzystać z oferty takiej jaką jest. No więc korzystamy np. z oferty przejażdżki po ulicach Krakowa czymś takim co w ordynarny sposób urąga nieśmiertelnej pamięci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i jego „Zaczarowanej Dorożki”. Wiadomo dokładnie jak wyglądały krakowskie dorożki, lokalnie zwane fiakrami. Wiadomo też jak wyglądały różnego typu inne pojazdy miejskie do przewozu osób, wystarczyło by sięgnąć do bogatej ikonografii historycznego Krakowa. Jednak sięgnięto do własnej, spaczonej wyobraźni. Bo przecież pojazd ma czynić wrażenie reprezentacyjnego z najwyższej półki (kalesza na ośmiu resorach), być tak dużym by zmieścić dwanaście osób (aspekt ekonomiczny), być koniecznie białym, żeby mógł obsłużyć ceremonie ślubne, bo zapewne czarny kojarzy się wyłącznie z pogrzebem- natomiast może być zaprzęgany zaledwie w parę, bynajmniej nie karossierów, na ogół w lichej jakości uprzęży, choć bywa że z herbami. Bo herby to taka ozdóbka uprzęży. Pewien producent z południowej Polski oferuje miernej jakości wyroby rymarskie, za to suto ozdobione herbami książąt saskich. Kupić może każdy. Skandal tego procederu polega na tym, że herb jest znakiem zastrzeżonym podobnie jak znak towarowy, za którego bezprawne używanie grożą poważne konsekwencje. Herb posiada jednak inną rangę niż znak towarowy, jest własnością prywatną i znakiem własnościowym konkretnej rodziny, więc jego używanie poza rodziną do niego przypisaną jest czystą uzurpacją i zwykłą kradzieżą, nie mówiąc już o tym, że taka praktyka naraża na śmieszność. Karykaturalny i groteskowy wygląd dzisiejszych krakowskich zaprzęgów jest zaprzeczeniem tych wszystkich zasad, które starałem się wyłożyć wyżej, jest zaprzeczeniem wrażenia harmonii, zaprzeczeniem tradycji, która w tak historycznym miejscu powinna być szczególnie respektowana. W sportach zaprzęgowych podobne pojawiają się zjawiska, choć może w mniej drastycznym wydaniu jak wypadek opisany powyżej. Wynika to na ogół z tego, że w pogoni za wynikami, emocjami i podwyższaniem poziomu adrenaliny nie docenia się aspektu kulturowego właśnie z braku poszanowania dla tradycji a nawet czasami podstawowej wiedzy, z braku też potrzeby doznań estetycznych i smakowania niezwykłej urody tego obszaru kultury i obyczaju. Ta nienormalna u nas sytuacja jest ceną jaką płacimy za okres „przerwy w życiorysie” czyli okres PRL-u. Jesteśmy nadal biednym krajem, w którym tak elitarny sport nie może zaistnieć na takim poziomie na jakim egzystuje w krajach Europy zachodniej, a tam gdzie pojawiają się pieniądze, niekoniecznie równolegle pojawia się świadomość warunkująca porównywalne efekty. Pozostaje jednak nadzieja, że mój głos podnoszący ten problem nie stanie się głosem „wołającego na puszczy”, bowiem na ostatniej konferencji zorganizowanej przez Komisję Zaprzęgową PZJ w Racocie moje wystąpienie poruszające powyższe sprawy spotkało się z żywym zainteresowaniem, choć niewielkiego grona odbiorców.